paczkow.info             Copyright by J.M.S - paczkow.info 2005/2007

 

LEGENDA O TAJEMNICZYM SKARBIE UKRYTYM W BOLKOWYM WZGÓRZU

 

 

Bardzo dawno temu tereny, na których dzisiaj znajduje się warowny gród Paczków, porastały nieprzebyte knieje zwane przesieką.          W owym czasie, książę Bolko I rozpoczął wznoszenie zamków i  warowni, mających bronić jego dziedziny przed najazdami zbrojnych rycerzy króla czeskiego. Jedną z takich warowni pobudował na wzgórzu, które od owych czasów zwano Bolkowym, lub też, jak niektórzy powiadają - Zamkowym, wznoszącym się na stromym brzegu rzeki zwanej BiałąWodą. W tym samym czasie, chcący pojednać się z Bogiem za swoje ziemskie grzechy, potężny książę wrocławski Henryk IV zwany Prawym, umierając, zapisał w testamencie kasztelanię otmuchowsko-nyską biskupom diecezji wrocławskiej. Nadał im również przywilej książęcy. Ziemie kasztelanii graniczyły z ziemiami księcia Bolka. Wobec powyższego teraz oni przystąpili do umacniania granic swojego księstwa, wznosząc przy traktach handlowych warowne zamki i grody. W ten oto sposób, na drugim brzegu Białej Wody powstał warowny gród, otoczony potężnymi murami, o którym wspomniałem na wstępie. Zapewne to biskupi właśnie nakazali zniszczenie bolkowego zamku, gdyż stanowił on bezpośrednie zagrożenie dla paczkowskiego grodu, jako że nie wszyscy książęta śląscy zgadzali się z testamentem księcia Henryka.     Po zamku nie pozostawiono nawet jednego kamienia. Natomiast po okolicy rozeszła się sensacyjna wieść o ukrytym w tym miejscu ogromnym skarbie. Skąd się on tam wziął- zapytacie? Owiane to było mgłą wielkiej tajemnicy. Dostępu do skarbu miały strzec złe moce  oraz jedno, niemożliwe do spełnienia zaklęcie. Otóż śmiałek, który odważyłby się ów skarb wydobyć, musiał to zrobić punktualnie o północy i nie mógł w trakcie kopania wypowiedzieć ani jednego słowa. Sława o ukrytych tam kosztownościach i lśniących złotem   dukatach rosła coraz bardziej, jednak strach przed strzegącymi go złymi duchami, odstraszał wszystkich ochotników.
Pewnego dnia, dwóch odważnych paczkowian, nie bacząc na grożące im niebezpieczeństwo, postanowiło dobrać się do skarbu. Wieczorem, kiedy się ściemniło, cichcem, nikomu nic nie mówiąc, wymknęli się niepostrzeżenie przez furtę zamkniętej już bramy Ząbkowickiej. Dotarli na wzgórze i kiedy zegar na ratuszowej wieży wybił punktualnie północ, rozpoczęli pośpieszne kopanie, nie zwracając uwagi na szalejące wokół nich widma i zjawy. Paniczny strach, jaki ich z tego powodu opanował, okazał się szczęśliwym sprzymierzeńcem, gdyż żaden z nich nie mógł wydobyć z siebie nawet jednego westchnienia. Kiedy po długim kopaniu łopata jednego        z nich uderzyła głucho o wieko skrzyni, ich twarze rozpromienił uśmiech zdobywców, który można było dojrzeć w blasku księżyca, wyłaniającego się właśnie zza grubej warstwy chmur. Z wielką radością zaczęli wydobywać ciężką skrzynię na powierzchnię.               W trakcie wytężonej pracy spostrzegli nagle dwie nieziemskie postacie, które nie wiadomo skąd się wzięły i w milczeniu rozpoczęły budowę szubienicy. Obydwaj poszukiwacze przyglądali się im w osłupieniu. Kiedy budowa szubienicy została ukończona, młodszy z budowniczych zapytał nieziemskim głosem:
-Którego bierzemy pierwszego?
-Tego w szarym surducie, z długim warkoczem - odpowiedział zapytany, wskazując palcem na chudszego
Dlaczego mnie? - wrzasnął z wielkiej rozpaczy wskazany. W tej samej chwili zjawy, szubienica, a przede wszystkim skrzynia ze skarbem zniknęły bez śladu. Ciemne niebo zaczął rozjaśniać poranny brzask, który zastał stojących wciąż w bezruchu, osłupiałych z przerażenia, śmiałków. Być może z tego właśnie powodu wzniesiono w tym miejscu kaplicę, która miała odpędzać wspomniane złe moce, strzegące tajemniczego skarbu. Mijały lata. Zniknęła również kapliczka, w miejscu której posadzono kasztanowca. Wyrósł on na potężne drzewo, lecz i z nim poradził sobie nieubłagany upływ czasu. Dziś, po zamku, kaplicy i drzewie nie pozostał żaden ślad. Najstarsi mieszkańcy paczkowskiego grodu, o skarbie jakby zapomnieli. Jednak ja, jak i inni poszukiwacze tajemnic nie słyszeli, żeby komuś udało się ów skarb wydobyć. Może warto spróbować jeszcze raz?                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     Opr. Kazimierz Staszków (Legendy i mity pogranicza nysko-jesenickiego w drewnie malowane - Nysa 2005).

LEGENDA O STUDNI TATARSKIEJ

W Bogunowie (obecnie przedmiescia Paczkowa od strony Kamienicy) mieszkal wloscianin, ktory slynal z hodowli pieknych, bialych koni ... a kon w owych niespokojnych czasach byl cennym nabytkiem. Pan Bogun slynal rowniez z posiadania 12 pieknych corek. W roku 1241 okoliczne wioski zdobyte zostaly przez Tatarow. Jeden z Tatarow zakochal sie w pieknej corce pana Boguna. Dziewczyna rowniez zapalala afektem do mlodego Tatarzyna ... pewnego dnia powiedziala mu : “Poklon sie ojcu memu wzorcem polskim, a nie porywaj mnie na wzor tatarski, to ojciec na pewno odda mnie tobie za zone”. Tatarzyn usluchal panny, uklakl przed panem Bogunem, oblapil go pod nogi i poprosil o reke corki. Jednak goraca polska krew zakipiala w panu Bogunie i rzekl on do Tatarzyna : “Taki jak ty moze pacholkiem moim zostac a nie zieciem”. Po takiej odprawie Tatarzyn wykradl panne i 3 konie ze stadniny pana Boguna i uciekl ze swa zdobycza na zamek w Otmuchowie. Tam bowiem rezydowal sztab tatarski ze swym chanem na czele. Tymczasem otmuchowianie, nie tyle po urodzie panny, co po pieknosci koni poznali czyja sa wlasnoscia. Pochwycili konie, Tatarzyna oraz nieszczesnie zakochana panienke i doprowadzili przed oblicze pana Boguna, liczac na sowita nagrode. Pan rzeczywiscie hojnie ich wynagrodzil, zblakana corke przyholubil, a Tatarzyna utopil w studni, ktora od tego czasu zwie sie “studnia tatarska”.                                                                                                                                                                           Puenta legendy dopowiada, ze jezeli do studni zaglada mloda, piekna dziewczyna, to gorace serce Tatarzyna przypomina sobie ukochana panne Bogunowne, nie wytrzymuje bolu i woda w studni zaczyna mocno sie burzyc ... Jesli zas nad studnia pochyli sie wlochaty i wasaty mezczyzna przypominajacy nieszczesnemu mlodzianowi oblicze swojego ciemiezcy - pana Boguna - Tatarzyn sprawia, ze woda w studni metnieje.

Tyle na temat legendy. Przekazy historyczne informuja nas ze opisywana “studnia tatarska” zostala wyluskana z podloza podziemi kosciola w roku 1529 w czasie przebudowy kosciola z typu czysto sakralnego na kosciol obronny. Byly to czasy niebezpieczne i niespokojne ... wieksza czesc Europy przygotowywala sie do odparcia najazdu tureckiego. Paczkow bedac miastem obronnym, spelniajacym role pogranicznej twierdzy dostrzegl potrzebe przebudowy kosciola. Zmieniono m.in. dwuspadowy dach na dach plaski, gdzie ustawiono falkonety(dziala), wybudowano spichlerz oraz wyluskano z podziemi studnie. Podczas oblezenia cala ludnosc chowala sie w kosciele i korzystala z wody pitnej z tejze studni. Rowniez rycerze broniacy miasta wchodzili i wychodzili z kosciola podziemnymi przejsciami czerpiac potrzebna im wode.

 

LEGENDA O PACZKOWSKICH KAWKACH

Swego czasu w licznych basztach Paczkowa gniezdzilo sie ptactwo, a zwlaszcza ogromne stada kawek. Upstrzone przez nie mury staly sie przyslowiowe. Na calym Slasku znane bylo zlosliwe powiedzonko, kierowane do dziewczyn : “Zostaniesz stara panna i pojdziesz do Paczkowa wieze myc”. Na te zaczepki dziewczyny odpowiadaly “Wiem ze chcialbys drabine potrzymac”. Final tej historii : niechlujne ptactwo zostalo skutecznie przepedzone z miasta, a miejscowi cukiernicy (z zalu?) wzieli sie za wyrob lakoci przypominajacych ksztaltem kawki. Te paczkowskie slodkie kawki cieszyly sie na Slasku nie mniejsza slawa niz ich zywe pierwowzory.