paczkow.info             Copyright by J.M.Skop - paczkow.info 2005/2011

 

LEGENDA O TAJEMNICZYM SKARBIE UKRYTYM W BOLKOWYM WZGÓRZU

 

 

Bardzo dawno temu tereny, na których dzisiaj znajduje się warowny gród Paczków, porastały nieprzebyte knieje zwane przesieką.          W owym czasie, książę Bolko I rozpoczął wznoszenie zamków i  warowni, mających bronić jego dziedziny przed najazdami zbrojnych rycerzy króla czeskiego. Jedną z takich warowni pobudował na wzgórzu, które od owych czasów zwano Bolkowym, lub też, jak niektórzy powiadają - Zamkowym, wznoszącym się na stromym brzegu rzeki zwanej Białą Wodą. W tym samym czasie, chcący pojednać się z Bogiem za swoje ziemskie grzechy, potężny książę wrocławski Henryk IV zwany Prawym, umierając, zapisał w testamencie kasztelanię otmuchowsko-nyską biskupom diecezji wrocławskiej. Nadał im również przywilej książęcy. Ziemie kasztelanii graniczyły z ziemiami księcia Bolka. Wobec powyższego teraz oni przystąpili do umacniania granic swojego księstwa, wznosząc przy traktach handlowych warowne zamki i grody. W ten oto sposób, na drugim brzegu Białej Wody powstał warowny gród, otoczony potężnymi murami, o którym wspomniałem na wstępie. Zapewne to biskupi właśnie nakazali zniszczenie bolkowego zamku, gdyż stanowił on bezpośrednie zagrożenie dla paczkowskiego grodu, jako że nie wszyscy książęta śląscy zgadzali się z testamentem księcia Henryka.     Po zamku nie pozostawiono nawet jednego kamienia. Natomiast po okolicy rozeszła się sensacyjna wieść o ukrytym w tym miejscu ogromnym skarbie. Skąd się on tam wziął- zapytacie? Owiane to było mgłą wielkiej tajemnicy. Dostępu do skarbu miały strzec złe moce  oraz jedno, niemożliwe do spełnienia zaklęcie. Otóż śmiałek, który odważyłby się ów skarb wydobyć, musiał to zrobić punktualnie o północy i nie mógł w trakcie kopania wypowiedzieć ani jednego słowa. Sława o ukrytych tam kosztownościach i lśniących złotem   dukatach rosła coraz bardziej, jednak strach przed strzegącymi go złymi duchami, odstraszał wszystkich ochotników.
Pewnego dnia, dwóch odważnych paczkowian, nie bacząc na grożące im niebezpieczeństwo, postanowiło dobrać się do skarbu. Wieczorem, kiedy się ściemniło, cichcem, nikomu nic nie mówiąc, wymknęli się niepostrzeżenie przez furtę zamkniętej już bramy Ząbkowickiej. Dotarli na wzgórze i kiedy zegar na ratuszowej wieży wybił punktualnie północ, rozpoczęli pośpieszne kopanie, nie zwracając uwagi na szalejące wokół nich widma i zjawy. Paniczny strach, jaki ich z tego powodu opanował, okazał się szczęśliwym sprzymierzeńcem, gdyż żaden z nich nie mógł wydobyć z siebie nawet jednego westchnienia. Kiedy po długim kopaniu łopata jednego        z nich uderzyła głucho o wieko skrzyni, ich twarze rozpromienił uśmiech zdobywców, który można było dojrzeć w blasku księżyca, wyłaniającego się właśnie zza grubej warstwy chmur. Z wielką radością zaczęli wydobywać ciężką skrzynię na powierzchnię.               W trakcie wytężonej pracy spostrzegli nagle dwie nieziemskie postacie, które nie wiadomo skąd się wzięły i w milczeniu rozpoczęły budowę szubienicy. Obydwaj poszukiwacze przyglądali się im w osłupieniu. Kiedy budowa szubienicy została ukończona, młodszy z budowniczych zapytał nieziemskim głosem:
-Którego bierzemy pierwszego?
-Tego w szarym surducie, z długim warkoczem - odpowiedział zapytany, wskazując palcem na chudszego
Dlaczego mnie? - wrzasnął z wielkiej rozpaczy wskazany. W tej samej chwili zjawy, szubienica, a przede wszystkim skrzynia ze skarbem zniknęły bez śladu. Ciemne niebo zaczął rozjaśniać poranny brzask, który zastał stojących wciąż w bezruchu, osłupiałych z przerażenia, śmiałków. Być może z tego właśnie powodu wzniesiono w tym miejscu kaplicę, która miała odpędzać wspomniane złe moce, strzegące tajemniczego skarbu. Mijały lata. Zniknęła również kapliczka, w miejscu której posadzono kasztanowca. Wyrósł on na potężne drzewo, lecz i z nim poradził sobie nieubłagany upływ czasu. Dziś, po zamku, kaplicy i drzewie nie pozostał żaden ślad. Najstarsi mieszkańcy paczkowskiego grodu, o skarbie jakby zapomnieli. Jednak ja, jak i inni poszukiwacze tajemnic nie słyszeli, żeby komuś udało się ów skarb wydobyć. Może warto spróbować jeszcze raz?                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     Opr. Kazimierz Staszków (Legendy i mity pogranicza nysko-jesenickiego w drewnie malowane - Nysa 2005).

LEGENDA O STUDNI TATARSKIEJ

W Bogunowie (obecnie przedmiescia Paczkowa od strony Kamienicy) mieszkał włościanin, który słynął z hodowli pięknych, białych koni ... a koń w owych niespokojnych czasach był cennym nabytkiem. Pan Bogun słynął również z posiadania 12 pięknych córek. W roku 1241 okoliczne wioski zdobyte zostały przez Tatarów. Jeden z Tatarów zakochał się w pięknej córce pana Boguna. Dziewczyna również zapałała afektem do młodego Tatarzyna ... pewnego dnia powiedziała mu : “Pokłoń się ojcu memu wzorcem polskim, a nie porywaj mnie na wzór tatarski, to ojciec na pewno odda mnie tobie za żonę”. Tatarzyn usłuchał panny, ukląkł przed panem Bogunem, obłapił go pod nogi i poprosił o ręke córki. Jednak gorąca polska krew zakipiała w panu Bogunie i rzekł on do Tatarzyna : “Taki jak ty może pachołkiem moim zostać a nie zieciem”. Po takiej odprawie Tatarzyn wykradł pannę i 3 konie ze stadniny pana Boguna i uciekł ze swą zdobyczą na zamek w Otmuchowie. Tam bowiem rezydował sztab tatarski ze swym chanem na czele. Tymczasem otmuchowianie, nie tyle po urodzie panny, co po piękności koni poznali czyją są własnością. Pochwycili konie, Tatarzyna oraz nieszcześnie zakochaną panienkę i doprowadzili przed oblicze pana Boguna, licząc na sowitą nagrodę. Pan rzeczywiście hojnie ich wynagrodził, zbłąkaną córkę przyhołubił, a Tatarzyna utopił w studni, która od tego czasu zwie się “studnią tatarską”.                                                                                                                                                                           Puenta legendy dopowiada, że jeżeli do studni zagląda młoda, piękna dziewczyna, to gorące serce Tatarzyna przypomina sobie ukochaną pannę Bogunównę, nie wytrzymuje bólu i woda w studni zaczyna mocno sie burzyć ... Jeśli zaś nad studnią pochyli się włochaty i wąsaty mężczyzna przypominający nieszczesnemu młodzianowi oblicze swojego ciemiężcy - pana Boguna - Tatarzyn sprawia, że woda w studni mętnieje.

Tyle na temat legendy. Przekazy historyczne informują nas że opisywana “studnia tatarska” została wyłuskana z podłoża podziemi kościoła w roku 1529 w czasie przebudowy kościoła z typu czysto sakralnego na kościół obronny. Były to czasy niebezpieczne i niespokojne ... większa część Europy przygotowywała się do odparcia najazdu tureckiego. Paczków będąc miastem obronnym, spełniającym rolę pogranicznej twierdzy dostrzegł potrzebę przebudowy kościoła. Zmieniono m.in. dwuspadowy dach na dach płaski, gdzie ustawiono falkonety(działa), wybudowano spichlerz oraz wyłuskano z podziemi studnię. Podczas oblężenia cała ludność chowała się w kościele i korzystała z wody pitnej z tejże studni. Również rycerze broniący miasta wchodzili i wychodzili z kościoła podziemnymi przejściami czerpiąc potrzebną im wodę.

 

LEGENDA O PACZKOWSKICH KAWKACH

Swego czasu w licznych basztach Paczkowa gniezdziło się ptactwo, a zwłaszcza ogromne stada kawek. Upstrzone przez nie mury stały się przysłowiowe. Na całym Śląsku znane było złośliwe powiedzonko, kierowane do dziewczyn : “Zostaniesz starą panną i pojdziesz do Paczkowa wieżę myć”. Na te zaczepki dziewczyny odpowiadały “Wiem ze chciałbyś drabinę potrzymać”. Finał tej historii : niechlujne ptactwo zostało skutecznie przepędzone z miasta, a miejscowi cukiernicy (z żalu?) wzięli się za wyrób łakoci przypominających ksztaltem kawki. Te paczkowskie słodkie kawki cieszyły się na Śląsku nie mniejszą sławą niż ich żywe pierwowzory.